Podróże kształcą, czyli trzy dystopie i pogrzeb.

Zmuszona okolicznościami losu do odbycia długiej podróży, zaopatrzyłam się w dostateczną ilość lektury, chcąc pożytecznie wykorzystać tak niezwykłą okazję. Właściwie miałam prawie całe dwa dni na poczytywanie sobie. Przeczytałam trzy książki, do których dołączam w tym wpisie jeszcze jedną, przeczytaną wcześniej, ze względu na motyw przewodni: dystopia (lub anty-utopia). Choć właściwie, zgodnie z niepodważalną mądrością Wikipedii, należałoby stwierdzić, że była to jedna dystopia i dwie anty-utopie. A może dwie anty-utopie i jedna dystopia? Nie wiem, idźcie spytać Wikipedii.

A pogrzeb? Po pierwsze, był przyczyną mojej niespodziewanej podróży, a chcąc wprawić się w nastrój, zakupiłam tak zachwalaną ostatnio książkę Marcina Wichy „Rzeczy, których nie wyrzuciłem”, swego rodzaju współczesny tren żałobny.

Trzy dystopie to, w kolejności czytania: „Przyducha” Macieja Piotra Prusa, „Dół” Andrieja Płatonowa oraz „Opowieść podręcznej” Margaret Atwood. Wyrobieni czytelnicy pewnie odczują tu pewien zgrzyt poznawczy, ale proszę o wybaczenie, Atwood nie znałam w ogóle wcześniej i właściwie z czysto badawczej ciekawości, a poniekąd obowiązku, zapragnęłam poznać.

Zacznę może od krótkiego omówienia moich wrażeń odnośnie książki Wichy, co do której miałam już jakieś niepewne przeczucie, kiedy to dali mu za nią Paszport Polityki, zamiast dać Sołtysowi. Moje przeczucie było właściwie słuszne. Zabrałam się do tej lektury spodziewając się jakichś rewelacji na temat aktualnie mnie interesujący, sama bowiem jechałam na pogrzeb, ale rewelacji nie było. Właściwie zapewne być nie miało, a jednak i tak pozostał mi po tej książce jakiś niesmak. Po pierwsze, nie jestem zwolenniczką tego typu ekshibicjonizmu rodzinnego i autobiograficznego, o ile naprawdę nie jest dokonany ręką geniusza, co, jak wiadomo, jest niezwykle rzadkie. Trochę mi było nieswojo, gdy myślałam, że mogłabym tak pisać o swojej matce. Właściwie nie mogłabym. Po prostu uważam, że zmarłych trzeba zostawić w spokoju (de mortuis…) Po drugie, niesamowicie irytował mnie styl pisania Wichy, jak dla mnie twitterowo-facebookowo-instagramowy, czyli polegający na wyrzucaniu z siebie bardzo krótkich zdań lub równoważników zdań, jak z karabinu maszynowego. Można by powiedzieć, że forma taka ma dodać surowości melancholijnej treści, dla mnie jednak zdania były zdecydowanie zbyt poszatkowane, co nie pozwalało tak naprawdę nawiązać kontaktu z narratorem, a o to przecież chyba chodzi w literaturze. No i po trzecie, nie wydaje mi się, żeby potraktowanie tematu było wyjątkowo odkrywcze, o co oczywiście trudno, gdy się ktoś zabiera za taki temat. Podsumowując, jestem nieco tą książką rozczarowana, a nawet poirytowana. W moim odczuciu jest ona w jakiś sposób dzieckiem mediospołecznościowego postrzegania rzeczywistości, nakazującego nawet najbardziej intymne i banalne wydarzenia natychmiastowo komunikować całemu światu, używając przy tym jak najbardziej telegraficznego stylu.

Jeśli zaś chodzi o moje trzy utopie, zacznę może od tej, która moim zdaniem wygrywa z Atwood, a ustępuje Płatonowowi. „Przyducha” Prusa jest zaskakująco dobrą polską dystopią, w dyskretny, a sprytny sposób odnoszącą się do naszej aktualnej sytuacji społeczno-politycznej. Ponadto gratka dla miłośników Krakowa, bywalców kazimierzowskich knajp, byłych studentów itp. Czyta się bardzo dobrze, nie jest to ani za ciężkie, ani za lekkie, a momentami skłania do zadumy. A o co dokładnie chodzi, przekonajcie się sami, w każdym razie dla zachęty: wyobraźcie sobie, że Kazimierz jest oddzielony od reszty miasta, jako dzielnica podejrzana i zakażona (rzekomą grypą), itd, itp. Polecam.

Jeśli chodzi o wspomnianą Atwood, to przeczytałam, żeby sobie osobiście wyrobić zdanie o popularnej ostatnio powieści, a ponadto ze względu na interesujący mnie temat antyutopii i dystopii. I właściwie tyle. Przeczytałam, nawet z zajęciem, szybciej mi upłynęła podróż, ale ostateczne odczucia jak po obejrzeniu jakiegokolwiek amerykańskiego filmu średniej jakości. Oczywiście jako kanwa serialu nadaje się zapewne doskonale. Właściwie może nie byłoby i tak źle, bo narracja trzyma uwagę czytelnika w pogotowiu, świat przedstawiony dość ciekawy, choć nie jakoś rewolucyjnie odkrywczy, introspekcje głównej bohaterki momentami zajmujące, ale ta fatalna końcówka, psująca cały efekt. Jakby Atwood bała się, że ktoś weźmie te jej fantazje zbyt poważnie albo że, wręcz przeciwnie, ją wyśmieje, to dodała pseudonaukową ramkę, niby że z konferencji naukowej badaczy owego (przyszłego) okresu historycznego. To mnie całkowicie zniechęciło.

Co zaś tyczy Płatonowa, to powstrzymam się zupełnie od komentarza, bo arcydzieł komentować nie wypada. Jest to na pewno jedna z najlepszych książek jakie czytałam w życiu. Autor zresztą był bardzo ciekawą i niejednoznaczą postacią. Przydałoby się więcej tłumaczeń albo chociaż nowe wydania starszych, bo mało tego Płatonowa w Polsce. Tłumacz „Dołu”, Adam Pomorski, został nominowany do Nagrody Literackiej Gdynia w kategorii przekładu i mam nadzieję, że ją dostanie, bo przekład naprawdę genialny.

Swoją drogą, ciekawie wygląda zestawienie dystopii polskich czy radzieckich z amerykańskimi. Od razu widać, kto się czego najbardziej obawia, ale też kto takich antyutopijnych sytuacji naprawdę w życiu liznął. Atwood bowiem fantazjuje z całej siły, ale nie wie tak dobrze, jak Płatonow, czy choćby Prus, że to, co najstraszniejsze w człowieku, jako istocie społecznej, jest zawsze o wiele bardziej okrutne, ale zarazem i o wiele bardziej banalne, niż się to na ogół w takich czystych fantazjach wydaje.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s