Wospominanija, czyli nadzieja Nadieżdy

„Nadzieja w beznadziei” była jedną z tych książek, które wybłagały pójście ze mną do domu w pewnej Małej Prowincjonalnej Bibliotece. Trudno powiedzieć, co spowodowało, że uległam – czy błękitna okładka ze smutnym pejzażem, sugerującym mroźną, syberyjską zimę, czy tytuł, dość naiwny, przyznać trzeba, ale właśnie tą naiwnością odważny? Dość, że ją przygarnęłam, a potem nie umiałam się rozstać.

Książka ta to tłumaczenie pierwszego tomu „Wospominanij” Nadieżdy Mandelsztam. Moje wydanie jest z 1997 roku, ale po raz pierwszy książka została wydana po polsku w 1982, w tłumaczeniu Andrzeja Drawicza. Ostatnio pojawiło się nowe, pełne tłumaczenie „Wspomnień”, dwutomowe, w tłumaczeniu Jerzego Czecha, wydane w 2015 i 2016 przez Agorę. Tego nowego wydania nie miałam okazji przejrzeć, ale podobno jest świetnie opracowane merytorycznie.

Tom, który dostał się w moje ręce, wydany został i przetłumaczony w zupełnie innych warunkach, kiedy zapewne jeszcze nie było dostępu do wszystkich danych, jest to więc całkowicie „gołe” tłumaczenie z wydań zachodnich, bo wspomnienia ukazały się, rzecz jasna, najpierw na Zachodzie, na podstawie samizdatowych wydań rosyjskich.

Przyznam, że nie znam dobrze twórczości Osipa Mandelsztama. Czytałam kiedyś jakichś akmeistów, głównie Achmatową, ale Mandelsztam jakoś nie wpadł mi w ręce. Wydawałoby się, że po lekturze wspomnień jego żony, powinnam rzucić się z drżącymi rękoma na pierwszy napotkany tom, ale cóż… właściwie o wiele bardziej interesującą postacią wydaje mi się sama Nadieżda. Jedna z tych kobiet, które stoją zawsze o krok za swoim mężczyzną, by mu podać kawałek papieru do zapisania genialnego wiersza (zresztą, Mandelsztamowie niewiele zapisywali, wszystkiego uczyli się na pamięć), by upomnieć się o niego w tradycyjnym okienku, by usunąć się w cień, gdy poeta właśnie miał wenę i tworzył. Słowem – gdyby nie ona, nie byłoby prawie po nim dzisiaj śladu. To ona zapamiętywała i powtarzała bez końca w bezsenne noce, by nie zapomnieć, bo zapisywanie było zbyt niebezpieczne, i to z jej pamięci pochodzą poodwilżowe wydania Mandelsztama. Sama taką sobie misję wyznaczyła, na przekór czasom i ludziom, i misję tę powiodła do końca, ocalając męża, którego fizycznie ocalić nie mogła, i siebie, czując, że nia ma przecież innego emocjonalnego, psychicznego i moralnego ratunku, niż pisanie.

Osip Mandelsztam nigdy nie wzbudzał wielkich zachwytów i zaufania władzy sowieckiej, ale aresztowany, skazany na zesłanie, a wreszcie uwięziony w łagrze, gdzie zmarł, został za jeden, konkretny wiersz, poetycko zresztą nieszczególny. Wiersz mówi o „kremlowskim góralu”, który ma „palce tłuste jak czerwie” (tłum. S. Barańczak), itd.  itp. Jasne, że nie mogło się to spodobać Iosifowi Wissarionowiczowi. Pytanie: „kto doniósł?” przewija się przez całą książkę, jak wymagająca rozwikłania zagadka kryminalna, z tym że tutaj trup pada naprawdę, ciała nie można odnaleźć, a satysfakcjonującej odpowiedzi na pytanie o sprawcę nie będzie. Będzie za to niesłychanie intymny, poruszający i literacko piękny opis świata niemożliwego, świadectwo epoki, która nie miała prawa się wydarzyć, a jednak się wydarzyła i wreszcie przesłanie, jak w tytule, pełne nadziei, o tym, że można pozostać człowiekiem, nawet w zupełnie nieludzkich czasach.

Nadieżda Mandelsztam w owym pierwszym tomie wspomnień skupia się na samej historii „męczeństwa”, jak mówią niektórzy, swojego męża, którą to historię opisuje w sposób zaskakująco spokojny, z mnóstwem szczegółów (tutaj pojawia się pytanie: co się stało z naszymi mózgami od czasu komputeryzacji – dziś pewnie nikt nie byłby w stanie zapamiętać tylu rzeczy i tekstów literackich, co gnębieni przez stalinizm pisarze), podając nam zupełnie bezpretensjonalnie portrety wielu znanych Rosjan (Pasternak, Gorki, Bucharin, Babel, czy wszechobecna Achmatowa), jak i najzwyklejszych, nikogo nie obchodzących ludzi, którzy też musieli wybierać, jak żyć w świecie bez wyboru. Jest to obraz niesłychanie szczery, subiektywny, niepozbawiony poczucia humoru, dzięki któremu czytelnik wskakuje w tę oniryczną rzeczywistość, jak rzucony na głęboką wodę, i nie ma już odwrotu. Choćby się nie wierzyło, bo trudno uwierzyć, to nie ma już wyjścia i okazuje się, że klimat rodem z political fiction nie jest żadną fiction, tylko czymś, co przydarzało się milionom ludzi przez dziesiątki lat, a o czym już dziś prawie nie pamiętamy.

Warto wejść w ten literacko-nieliteracki świat, okrutny i nieprawdopodobny, ale na swój sposób piękny, chyba najbardziej samą postacią autorki, spokojnie i bez sentymentów ocalającej od zapomnienia.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s