Samotność matki, czyli ty też zostań matką-feministką. Albo i nie matką, ale chociaż to drugie.

Jak pisałam w poprzednim wpisie, nie odpowiada mi literatura z gatunku „macierzyństwo bez lukru”. Owszem, naczytałam się, skąd tego typu dyskurs pochodzi, i z czego to wynika, ale i tak uważam, że publiczne utyskiwanie na swój los nie jest chwalebne, i to wcale nie dlatego, że wierzę w liberalny mit self made mana, który sobie z wszystkim sam ma poradzić, ale właśnie odwrotnie – sądzę, że narzekanie na swój los jest nie w porządku w stosunku to tych, którzy mają jeszcze gorzej. Słowem – trudno jest być matką, to na pewno, ale nie robiłabym z tego literatury programowej, zwłaszcza, że na przykład być matką dziecka chorego jest jeszcze trudniej, a takie matki na ogół ani czasu, ani energii nie mają by pisać utyskujące książki.

Ale jak to się ma do książki „Matka Feministka” Agnieszki Graff? Otóż moja niechęć do nurtu „niepolukrowanego” wynikała również z braku zrozumienia realiów. Nie mieszkam w Polsce, nie jestem matką w Polsce, to i nie rozumiem, jak wygląda żywot polskiej matki. I to właśnie ta książka mi uświadomiła. Nie zapałałam nagle miłością do utyskującej matczynej literatury, ale na pewno zaczęłam lepiej rozumieć, o co naprawdę w tym chodzi.

We wstępie do książki Graff pisze:

„Żyjemy w społeczeństwie, które nieustannie deklaruje szacunek do rodziny i macierzyństwa – a zatem do więzi pomiędzy matką a dzieckim – ale jednocześnie organizujemy ludziom życie zgodnie z indywidualistycznym założeniem, że jednostki są bytami odrębnymi, autonomicznymi i w pełni odpowiedzialnymi za siebie. (…) Relacja całkowitej zależności, sytuacja więzi totalnej jest w tym neoliberalnym społeczeństwie anomalią, skandalem. To dlatego matka małego dziecka, zwłaszcza matka samotna, staje się społecznie niewidzialna.”

I tu, krótko mówiąc, leży pies pogrzebany. Co prawda Graff swoją książkę wydała w 2014. Od tego czasu to i owo się zmieniło, jest ponoć więcej miejsc w żłobkach i przedszkolach, a polska rodzina pławi się w dobrobycie dzięki programowi 500 plus, no i przede wszystkim politycznie odchodzimy podobno od neoliberalistycznego indywidualizmu na rzecz narodowej wspólnoty, wątpię jednak by te wszystkie posunięcia jakoś zasadniczo zmieniły sytuację matek w Polsce. Bo matka to matka, z tym się nie dyskutuje, a pojęcie równości między rodzicami w opiece nad wspólnym dzieckiem nadal pozostaje lewackim wymysłem. Czyli matka nadal jest z tym wszystkim sama.

Książka Graff nie jest naukowym opracowaniem, jest raczej dość osobistą próbą zarysowania głównych problemów dzisiejszego polskiego macierzyństwa. Są to teksty wystąpień (dla mnie to ta ciekawsza część) oraz felietony (które czasem mnie drażniły, za bardzo zalatując „niepolukrowanym” macierzyństwem), które poruszają najróżniejsze aspekty bycia matką w Polsce. Ze spraw, które mnie najbardziej uderzyły to fakt, że podobno polscy mężczyźni nie angażują się w opiekę nad dziećmi, a już broń Boginii, w prace tzw. domowe (sama mam męża, który angażuje się na równi ze mną, więc mi do głowy nie przyszło, że w Polsce może być inaczej). Jak pisze Graff, cytując inne źródła:

„ONZ oszacował roczną wartość nieopłaconej pracy wykonywanej przez kobiety na 11 bilionów dolarów. W skali światowej kobiety wykonują dwie trzecie pracy, a otrzymują mniej niż pięć procent światowego dochodu i mają mniej niż jeden procent światowej własności.”

Do tej pracy należy zaliczyć również opiekę nad dziećmi. I to cały czas Graff podkreśla i wyjaśnia: opieka nad dzieckiem nie jest tylko sprawą prywatną i indywidualną. Chodzi o kształt i przyszłość całego społeczeństwa, o wychowanie przyszłych obywateli i o ułatwienie kobietom pełnego uczestnictwa w społeczeństwie, nawet wtedy, gdy są matkami. Poprzez odpowiednie działania państwa, ale też poprzez edukację równościową i aktywne zachęcanie ojców do opieki nad dziećmi. Graff proponuje np. wprowadznie takiej części urlopu dla rodziców, która miałaby być wykorzystana tylko przez ojca, a w razie niewykorzystania – przepadałaby. Na przykład. Bo nie chodzi tu tylko o cierpliwe tłumaczenie tatusiom: pobaw się z dzieckiem, ale o konkretne kroki, które ich do tego zmuszą.

Za to upolitycznienie i uspołecznienie macierzyństwa dostało się Graff od swojej własnej frakcji. Kongres Kobiet podobno promował wizję matki-superwoman, a tu przychodzi taka i mówi, że potrzebne są konkretne rozwiązania socjalne, wprowadzane na poziomie państwowym. No prawie że PiS, bój się Boginii. Tymczasem to zwyczajne, feministyczno-lewicowe postulaty, obecne nie tylko w Polsce, a w niektórych krajach nawet (nie do wiary!) wprowadzane w życie, i to z powodzeniem.

I tu dochodzę do punktu, w którym wyjaśniło mi się, dlaczego z polskim feminizmem nie było mi dotąd po drodze. W rozdziale „Plecami do matek” Graff po krótce przedstawia historię polskiego feminizmu po 1989 i padają tu takie określenia jak „kulturowa czy akademicka nisza, w której czyta się niezrozumiałe dla ogółu teksty” albo „klub „kobiet sukcesu”, które walczą ze „szklanym sufitem”, twierdząc, że macierzyństwo nijak nie wpływa na ich życie zawodowe”. Dokładnie taką miałam wizję polskiego feminizmu, a że do żadnego z wymienionych wyżej klubów zapisać się nie miałam ochoty, przestałam się interesować. Tymczasem jest bardzo wiele do zrobienia, bo „z perspektywy ruchu kobiecego kluczowe jest to, że fakt zostania matką bardziej niż cokolwiek innego w życiu kobiety powoduje, że staje się ona ofiarą dyskryminacji”. A przecież chyba nie chcemy być dyskryminowane?

Polecam więc lekturę, nawet jeśli jest trochę nierówna. Część felietonowa zawiera moim zdaniem kilka błędów, ale nie będę teraz wytykać, bo mimo wszystko dobrze, żeby takie ważne tematy były opisywane zrozumiałym, nawet felietonowym językiem. I nawet jeśli minęło już trochę czasu od publikacji, to odnoszę smutne wrażenie, że w kwestii upolitycznienia i uspołecznienia macierzyństwa w Polsce nic się nie ruszyło, a jeśli nawet, to w dokładnie odwrotną stronę, niż życzyłaby sobie tego Matka Feministka.

 

Reklamy

3 myśli na temat “Samotność matki, czyli ty też zostań matką-feministką. Albo i nie matką, ale chociaż to drugie.

  1. Książkę ściągnę z półki, zdecydowanie – ale myślę (może jest to zawarte w treści i wyważam otwarte drzwi) są tu jeszcze dwie kwestie: mit „Matki” (w polskiej kulturze dodatkowo silny, wiadomo, Matka-Polka ze wszystkimi konotacjami) i ten nacisk na macierzyństwo – ojcostwo, a nie na rodzicielstwo jako takie (czyli niezależne od płci, ale od faktu posiadania dziecka). W tym sensie, że „rodzicielstwo” wydaje się neutralne, podczas gdy „macierzyństwo” i „ojcostwo” są poddawane różnym polityczno-społeczno-historycznym (?) naciskom i modyfikacjom.

    Polubienie

    1. Rzeczywiście, obie kwestie są jak najbardziej poruszane w książce, zwłaszcza ten nacisk na macierzyństwo, zamiast na rodzicielstwo, zresztą z tego wynika owa samotność matki. Natomiast jeśli chodzi o Matkę Polkę, to feministki już ją dawno rozmontowały, w książce są odniesienia do odpowiednich tytułów. A najlepsze jest to, że jeszcze w trakcie dyskusji nad Matką Polką, wiedzionej z zapałem przez feministki, okazało się, że z badań społecznych wynika, że nie ma już o czym mówić, bo Matka Polka po prostu już nie istnieje, hehe.

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s