Małe, prowincjonalne biblioteki

Nie ma jak małe, prowincjonalne biblioteki. Biblioteki miejskie, wiejskie, przyzakładowe (istnieją jeszcze takie?), biblioteki mniejszości gdzieś w krajach większości itd. Mimo niewielkich rozmiarów i problemów z dogonieniem literackiego dzisiaj, kryją często prawdziwe skarby. A właściwie to wręcz odwrotnie, nie kryją, tylko wystawiają na pokaz (dla wprawnego oka, co prawda), bo w małej bibliotece łatwiej wyłuskać z góry harlekinów czy kryminałów coś, czego już dawno nie pokazują na polecanych w Empiku, o ile kiedyś w ogóle, a co ma siłę przyciągania zbłąkanego czytelnika, który co prawda wcale nie tego szuka, ale właśnie to go znajduje.

Ile razy tak mi się przydarzyło, że przy okazji wizyty w którejś z takich prowincjonalnych bibliotek, zagadała do mnie jakaś książka, no i cóż, nie było mowy o pozostawieniu na półce. To jakby zostawić w schronisku szczeniaczka, który tak na ciebie patrzy błagalnym wzrokiem i popiskuje cichutko: mnie, weź mnie! A potem nagle się okazuje, że to wcale nie szczeniaczek, tylko jakieś dorodne, czasem wręcz wściekłe bydle, a tu już za późno, uwolnić się od niego nie sposób. Chodzi za tobą wiernie krok w krok.

Pamiętam fantastyczną bibliotekę przyzakładową tam, gdzie pracowała moja mama. W poniemieckim budynku (no, właściwie wszystkie były poniemieckie, bo i cała ta „odzyskana” ziemia poniemiecka) będącym częścią sanatorium, w przestronnych pokojach z wysokimi sufitami. Cała w drewnie, drewniany parkiet, drewniane regały do sufitu, duże okna przez które wpadało to przytłumione, północne światło, przefiltrowane przez rosnące dokoła drzewa. Oczywiście, dziś nie ma po niej śladu, nie mam pojęcia, co się stało z książkami, ale pamiętam dokładnie te, które mnie tam odnalazły. Czyli najpierw wszystko, co dotyczyło Indii (skąd w takiej bibliotece zestaw książek o Indiach?), z autobiografią Gandhiego włącznie, cała chyba wydana po polsku Ursula Le Guin, i ten niepokojący zbiór opowiadań amerykańskich z lat 70. – „Gabinet luster”, który dla mnie, ówczesnej nastolatki, był właściwie gabinetem otwierających się na coraz to inne wizje wyśnionej Ameryki okien.

Ostatnio moją ulubioną prowincjonalną biblioteką jest ta mała biblioteczka polska w zagranicznym mieście, w którym teraz mieszkam. Odwiedzam ją może raptem raz na rok, ale zawsze wyjdę z czymś, co całkowicie mną potrząsa potem, jak uporczywa czkawka. Raz była to „Nadzieja w beznadziei” Nadieżdy Mandelsztam, raz „Między psem a wilkiem” Saszy Sokołowa, raz „Powieść teatralna” Bułhakowa (jakoś sami Rosjanie, pewnie jakiś darczyńca Ruskich lubił), a ostatnio coś zupełnie niespodziewanie fascynującego: „Wiara i wina. Do i od komunizmu” Jacka Kuronia.

Prowincjonalne biblioteki wyznaczają w moim życiu historię chyba najbardziej intymnych i „potajomnych” wzruszeń czytelniczych, postanowiłam więc poświęcić tym wzruszeniom kilka następnych wpisów. Nie będą to książki nowe metrykalnie, ale książki na pewno wciąż świeże dla każdego, kto zechce zgodzić się, że czas nie płynie linearnie i ci mówiący do nas z przeszłości, dzięki literaturze są tak naprawdę obok nas, a może nawet przed nami.

Na pierwszy ogień to, co aktualnie czytam, czyli autobiografia Kuronia. Nie, nie, nie będzie o zupie, ale raczej o herbacie, i dlaczego to właśnie ten napój odgrywa taką rolę w rewolucji. Zapraszam!

 

 

4 myśli na temat “Małe, prowincjonalne biblioteki

  1. Po pierwsze piąteczka za Ziemie Odzyskane (Prusy Zachodnie się kłaniają 😉 ). Po drugie: no właśnie, to, jak książki przyciągają w bibliotekach, jest aż dziwne i tajemnicze, bo człowiek wychodzi i sam się dziwi, jak właściwie wziął tę a tę książkę. Chociaż przyznaję się, od jakiegoś czasu zwykle jednak wchodzę po coś konkretnego i z tym wychodzę (o ile jest), głównie dlatego, że w mojej obecnej bibliotece wszystko obłożone jest w folię, która upodabnia książki do siebie – i każda ma zaklejony grzbiet. I ta praktyka działa na przyciąganie i na swobodę wyboru dość przygnębiająco.

    Polubienie

    1. Fu, nieładnie z tą folią 😦 Jeszcze żeby była przezroczysta, a tak… A Ziemie Odzyskane jednak człowieka kształtują, dopiero teraz widzę to jaśniej, tak że piątka i żółwika 🙂

      Polubienie

      1. Powiem Ci, że ona jest przezroczysta, ale grzbiety są pozaklejane białym papierem, na których wypisane są tytuły: więc możesz sobie wyobrazić, że wszystko wygląda absolutnie tak samo, a że książki stoją pionowo, to nie widać okładek. Bardzo boleję nad tą strategią, bo za każdym razem jak wchodzę do biblioteki nic nie przykuwa nawet mojego wzroku, zwłaszcza że nowe książki też są potraktowane już dokładnie tak samo. Na szczęście po pierwszej fali szoku zawsze można zapuścić się między regały i to i owo znaleźć :-).

        Ano kształtują, coś w tym jest :-).

        Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s