Sołtys wsi Warszawa

„Polityka” (tak, czytam, co innego bowiem czytać w tych czasach?) przyznała swoje „Paszporty”, jak co roku. To znaczy, już trochę czasu minęło od tego jakże ekscytującego kulturalnie wydarzenia, ale ja, jak to zwykle, gdzieś w ogonie wydarzeń światowych, zagapiona w jakąś nieistotną kulturalnie kałużę, czy cywilizacyjnie wulgarny obłoczek, nie zareagowałam od razu. Poza tym czytam z opóźnieniem mniej więcej tygodniowym, bo tak mi tu za tę granicę przychodzi. I dobrze mi z tym, bo co za świeże, to i zaszkodzić potrafi. W każdym razie przyznali, oczywiście można dyskutować, czy słusznie i po co akurat temu, a nie innemu, ale wiadomo, jak to jest z nagrodami tego typu – co roku dać trzeba, a nie co roku przecież jest komu. Zresztą interesowała mnie tu tylko potencjalnie kategoria „literatura” i w tejże kategorii, całe szczęście, doznałam rozczarowania. Całe szczęście, bo właściwie to może i obciach taką nagrodę dostać, a może nawet taka nagroda twórcy zaszkodzić, wiadomo, jak to z nagrodami. Nie będziemy tu może przytaczać nazwisk twórców zniszczonych przez nagrody (kto chętny, niech zapoda komenta). Niektórzy to nawet odmawiają przyjęcia, a potem, po latach, twierdzą, że żałują i że źli ludzie ich do tego namówili, no, ale żeby sobie tak można było pozwolić, to trzeba się nazywać Świetlicki, a przecież nie każdy, jak wiadomo, debiutujący pisarz tak ma na nazwisko.

W tym roku, to znaczy za zeszły rok, no bo wiadomo, „Paszport” dostał Marcin Wicha za książkę „Rzeczy, których nie wyrzuciłem” ze stajni Karakteru. Nie czytałam Wichy, ani tej, ani żadnej innej, więc trudno mi się wypowiedzieć, co do słuszności decyzji jury, ale ja nie o tym. Wśród nominowanych do nagrody znalazł się bowiem jej już jeden laureat z roku 2014, tyle że w innej kategorii. Jak kto się orientuje, to wie, że chodzi o Pablopavo, który występuje w poważnym świecie dorosłego języka pod swoim prawdziwym imieniem i nazwiskiem Paweł Sołtys.

No i jemu nie dali. No i mnie to początkowo rozczarowało, ale potem to się ucieszyłam. Wiadomo bowiem, że najlepszym nigdy nie dają. Czasem dlatego, żeby ich nie zepsuć, czasem dlatego, że już dostali co innego, a czasem, bo się nie umieją poznać. No, tak się pocieszam. Na dłuższą metę jednak nie ma to wielkiego znaczenia, bo to tylko tak tytułem wstępu, zważywszy, że i tak mam wypięte na wszystkie nagrody, a czytam własnymi, póki co, oczyma, więc potraktuj to, Drogi Czytelniku, jedynie jako przydługi wstęp do tego, by powiedzieć krótko: NALEŻAŁO SIĘ SOŁTYSOWI.

Zresztą, być może ktoś tam w „Polityce” się połapał, bo w następnym numerze, czy poprzednim, nie pamiętam, w każdym razie gdzieś blisko, wysmarowali mu całkiem ładną laurkę piórem Siwczyka. Siwczyka nie znam, nie czytałam, no, może parę wierszy, no, może nawet widziałam go na żywo na jakiejś polonistycznej imprezie dawno temu w Krakowie, otoczonego wianuszkiem wzdychających polonistek, ale to było w okolicach filmu o Wojaczku, więc wiadomo, każdy by wzdychał. Tak czy siak, Siwczykowi też się podobało. Kto ciekawy, niech przeczyta argumenty za, ja natomiast chciałabym się zatrzymać tylko nad tym, co Siwczyk nazywa „zwyczajnością” czy „normalnością” prozy Sołtysa. Bo jeśli „Mikrotyki” to proza „zwyczajna” i „normalna” („w dobrym znaczeniu”, wiecie, jak w „Krainie Lodu” Anna), to nie pozostaje nic innego, jak stwierdzić, że ostatnimi czasy mieliśmy do czynienia w Polsce z literaturą właściwie „nienormalną” i z tym, Drogi Czytelniku, ja się muszę zgodzić i podpisuję się pod tym czterema łapami, bo mówiąc krótko i bez ogródek: od lat, jeśli nie od dziesięcioleci, czegoś tak dobrego, jak „Mikrotyki” w literaturze polskiej nie było. Właśnie ze względu na tę „normalność”, którą ja bym nazwała raczej „prawdziwością” czy „autentycznością”, albo jeszcze inaczej „wielką literaturą”.

Czytałam kiedyś wywiad z Amosem Ozem, w którym przytaczał on Marqueza (o, hipstersko się zrobiło…) o tym, że wielka literatura jest zawsze prowincjonalna. I taka właśnie jest ta Sołtysowa literatura – prowincjonalna po polsku i po warszawsku, a jednocześnie jak najbardziej światowa. Bo pisana z głębi tzw. serca, tak, tak, naiwne, głupie powiedzenie, nic nie warte w świecie pomasłowskim, a jednak właśnie wartość tej prozy oddające… Każdy bohater „Mikrotyków”, każda najdrobniejsza historyjka, są obdarzone głęboką miłością Autora do Człowieka. No, wielkie słowa. Tak, dziś już się tak nie mówi. Ale nie zrażaj się, Drogi Czytelniku, bo czytając Sołtysa możesz nawet tego nie zauważyć, tak literacko dobre to są teksty. Nie wydumane, nie pisane dla zgrywy czy dla śmiechu, choć uśmiechniesz się pewnie nie raz. I nie bez powodu zaczęłam tutaj od Amosa Oza, bo chciałabym postawić Sołtysa w jednym rzędzie z nim, i może jeszcze z Hertą Müller. To troje autorów, którzy najbardziej mnie poruszyli w ciągu ostatnich lat. Każdy z zupełnie innej prowincji(onalności), ale każdy równie autentyczny. I nawet jeśli już by Sołtys nie miał niczego więcej w życiu napisać, to i tak zostanie literackim Sołtysem wsi Warszawa początku XXI wieku.

Reklamy

4 myśli na temat “Sołtys wsi Warszawa

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s